"Nałóg - umierasz z sekundy na
sekundę, ale z własnej ręki."
Jasne promienie światła wydawały się rażące jak nigdy. Wręcz ranił jego oczy, swoją ostrością i ciągłym ćmieniem.
Zaraz... A może ono wcale nie migotało, może to jego powieki opadały, a on usilnie próbował nie zamykać oczu?
Ostatkiem sił rozejrzał się po małym, jasnym pomieszczeniu, w którym się znajdował. Siedział - czy może prawie leżał - na zimnej posadzce, opierając się plecami o chłodną, pokrytą płytkami ścianę.
Wszystko było rozmyte i zniekształcone, co wcale nie pomagało mu zorientować się gdzie jest i co tam robi. Strzępki wspomnień zaczęły napływać do jego głowy, wywołując chwilowy brak kontaktu z otaczającą go rzeczywistością.
- Nadal to robisz?
Przerwał spokój, któremu dotychczas towarzyszyły tylko ciche podmuchy wiatru.
- Nadal siedzisz w narkotykach?
Dodał dla wyjaśnienia, wiedząc, że blondyn może nie domyślić się o co mu chodziło. Popatrzył na niego uważnie.
- Nie.
- Masz i daj mi ten pieprzony towar!
Rzucił kilkoma banknotami w stronę mężczyzny, którego głowa była schowana pod ciemnym kapturem bluzy, tak, aby nikt go nie rozpoznał. Wyrwał mu z rąk małą foliową torebeczkę i wcisnął ją w głąb swojej kieszeni, wychodząc z męskiej toalety.
Dopiero po kilku minutach dotarło do niego, że siedzi w jakiejś łazience. Wokół miejsca, w którym leżał praktycznie pół żywy, znajdowało się mnóstwo białego proszku, a gdzieś niedaleko nawet foliowa torebka z resztkami jej zawartości.
Powieki z każdą chwilą ciążyły mu coraz bardziej, a obraz robił się z sekundy na sekundę mniej ostry. Mózg pracował zdecydowanie wolniej, niż zawsze, a w głowie panował chaos i pustka jednocześnie. Świat wokół niego wirował, mieszając mu w umyśle, a luki w pamięci doprowadzały do szału. Był słaby. Zaczął tracić kontrolę nad swoim ciałem; wszystkie jego kończyny wydawały się niesamowicie ciężkie, gdy próbował je podnieść. Jak z oddali usłyszał głośne łomotanie w drzwi, które było niepokojące zwolnione. Zupełnie jakby ktoś puścił mu film w zwolnionym tempie.
Gruby, ciężki, ale znajomy głos zaczął coś wykrzykiwać, nadal waląc w drewniane drzwi. Odniósł wrażenie, jakby był pod wodą, słysząc strasznie zniekształcony dźwięk w postaci czyjegoś barytonu.
- Chester, wszystko w porządku?
Zamknął oczy, próbując przypomnieć sobie skąd tak na prawdę znał ten głos. Wiedział, że słyszał go nieraz, ale za żadne skarby nie mógł skojarzyć osoby, do której należał.
- Chester, słyszysz mnie?!
Gwałtownie otworzył oczy, gdy odpowiedź na jego pytanie uderzyła w niego, niczym grom z jasnego nieba. Wszystko na chwilę powróciło do normalności; ostry obraz, zero dziwnego spowolnienia, żadnego rażącego światła.
Mike!
Był w domu Mike'a; w jego łazience!
- Wszystko gra!
Odkrzyknął szybko, czując jak chwilowy zastrzyk adrenaliny znika i ponownie traci kontrolę, zarówno jak i nad swoim ciałem i nad całą tą sytuacją.
Co się do cholery wydarzyło?
Patrzył na pół-Japończyka wyczekująco, jednocześnie nieświadomie bawiąc się swoimi, na czarno pomalowanymi paznokciami. Czekał wystarczająco długo; ponad rok odkąd powstało Hybrid Theory i nie miał zamiaru zwlekać ani chwili dłużej. Musiał znać odpowiedź. Przygryzł swoją dolną wargę, nie mogąc znieść tej ciszy i każdej sekundy, która wydawała się trwać wieczność. Emocje wręcz w nim buzowały. Trema, zdenerwowanie, zirytowanie, obawa, radość i niepewność. Wszystkie te odczucia tworzyły mieszankę wybuchową, nad którą on powoli tracił kontrolę.
- Mamy ten kontakt, chłopaki! Mamy go!
Przeanalizował szybko słowa dwudziestodwulatka i zanim zdążył pomyśleć, z szaleńczym uśmiechem wskoczył na plecy Shinody, obejmując go jedną ręką od tyłu za szyję i oplątując swoje nogi wokół jego pasa. Drugą, wolną dłonią zmierzwił jego czarne włosy, krzycząc z radości.
- No dalej, Spike! Będziemy gwiazdami rock'a, musimy jakoś wyglądać!
Wykrzyknął podekscytowany, przeglądając farby do włosów w poszukiwaniu jakiegoś idealnego koloru, jednocześnie z zadowoleniem patrząc na, dopiero co przekute uszy mężczyzny. Próbował zignorować sceptyczne spojrzenia posyłane w jego stronę, gdy to co chwilę wskazywał swoim palcem na nowo znaleziony, ciekawy odcień.
Przekroczyli próg klubu z uśmiechem i przeczuciem, że nic nie zrujnuje im tej nocy. Nie obchodziły ich nawet głupie żarty ze strony reszty zespołu na temat niebieskich włosów Mike'a i jego kolczyków w uszach, czy też na temat nowego nabytku Chester'a w postaci kolczyka na środku dolnej wargi. Liczyło się tylko to, że w końcu im się udało. Osiągnęli coś, dostali kontrakt - a to był dopiero początek ich nowego rozdziału, w księdze nazywanej życiem.
Przechylił kieliszek, jednym sprawnym ruchem, wypijając jego gorzką zawartość. Z głośnym jękiem pozwolił swojej głowie opaść na blat baru. Był w cholernym błędzie sądząc, że nic nie zepsuje mu tego wieczoru. Nie wziął pod uwagę swojej żony. Czy może raczej byłej żony...
Wsadził dłoń do kieszeni, upewniając się czy jej zawartość nadal tam jest.
Uśmiechnął się gorzko, wyczuwając miedzy palcami śliską teksturę foliowej torebeczki.
Jego serce biło znacznie szybciej niż normalnie. Miał wrażenie, że wyskoczy mu zaraz z piersi, co było absurdalne biorąc pod uwagę zachowanie jego mózgu, który pracował zdecydowanie za wolno. Bicie jego serca powinno przecież zwalniać, zanikać, a nie przyśpieszać. Dodatkowo tracił kontrolę nad swoim ciałem - nie odczuwał prawie nic. Sam już nie miał pojęcia co się z nim dzieje. Miał głupie wrażenie, że ciało leżące na chłodnej posadzce, wcale nie należało do niego. Zupełnie jakby siedział obok, widział je, ale nie mógł nic z nim zrobić.
Uśmiechnął się gorzko, przeklinając swoją głupotę.
Stary nałóg powrócił i nie zamierzał tym razem tak łatwo odpuścić. Tym razem próbował go zniszczyć, dokończyć to co zaczął nie tak dawno temu. Definitywnie.
Tylko jakim cudem znalazł się w tej cholernej łazience i w tym cholernym domu?
Uśmiechnął się, gdy słodki głos przyjaciela dopłynął do jego uszu, a ciepłe ręce, pomogły mu usiąść w normalnej pozycji, odciągając go od baru i kieliszka z wódką, który stał przed nim na blacie.
- Mikey!
Przesadnie przyciągnął jego imię, wiedząc doskonale, że jedyne co drugi mężczyzna może usłyszeć to pijacki bełkot. Zarzucił swoje ręce na szyję pół-Japończyka, przenosząc cały swój ciężar ciała z krzesła na niego. Schował swoją twarz w zagięciu jego szyi, mamrocząc coś o tym, że miło go widzieć, jednocześnie otulając to miejsce ciepłym oddechem i wdychając słodką woń jego perfum i karmelowej skóry.
- Idziemy do domu, Chaz. Jesteś pijany.
Objął swojego przyjaciela jedną ręką w pasie, a drugą chwycił jego bezwładnie zwisającą dłoń i przerzucił ją przez swoje ramię, upewniając się, że cały ciężar ciała Chester’a spoczywa na jego boku. Ruszył do wyjścia wraz z ledwo kontaktującym blondynem tuż obok. Podmuch świeżego powietrza uderzył w nich niczym wzburzona fala, gdy w końcu po przedostaniu się przez zatłoczony klub znaleźli się na zewnątrz. Wolnymi krokami zaczęli kierować się w stronę ulicy, na której mieszkał Mike.
- Wiesz...
Zaczął dwudziestotrzylatek, przykładając czoło do skroni drugiego mężczyzny, zmuszając go tym samym do chwilowego zatrzymania się.
- Gdybym był dziewczyną...
Zapowietrzył się, sprawiając, że śmieszny dźwięk wydobył się z jego gardła.
- ...to bym walczył z Anną o Ciebie.
Dokończył, całkiem nieświadomie i delikatnie smyrając swoim nosem jego policzek, który był przyjemnie ciepły i pachnący. Piżmowa woń unosiła się wokół niego, wywołując dziwny, ale przyjemny uścisk w dole brzucha.
Pół-Japończyk nic nie odpowiedział, jedynie pocałował dwudziestotrzylatka w czubek głowy, a następnie ponownie ruszył przed siebie, holując swojego przyjaciela. Przeczuwał, że to będzie długa droga do domu.
- Dobrze się czujesz, Chazy? Jesteś strasznie blady.
Spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na wpół niebieskowłosego dwudziestodwulatka, a następnie wstał, czy raczej podniósł się łóżka, na którym leżał i zataczając się ruszył w kierunku łazienki. Głupi uśmieszek pojawił się na jego ustach, gdy pod opuszkami palców wyczuł torebeczkę, wciśniętą w głąb swojej kieszeni.
- Chester, gdzie idziesz?!
- Do łazienki, źle się czuję.
Wymamrotał nieprzytomnie i bez słowa zatrzasnął za sobą drzwi. Miał jeden konkretny cel, więc nawet nie zawracał sobie głowy przekręceniem zamka; jak najszybciej chciał zapomnieć.
Stary, kochany Michael. Któż by inny? Teraz pewnie ten sam człowiek, znajdujący się po drugiej stronie drzwi, nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że on leży tam, odlatują z powodu własnej głupoty. Z przedawkowania.
Wszystko wokół niego zaczęło obracać się w mrok; ciemna otchłań powoli zasłaniała mu widok. Jak przez mgłę widział otwierające się drzwi i sylwetkę w nich stojącą. Jego powieki opadły na moment, przysłaniając mu widok. Kiedy ponownie je uchylił, widział pochylającą się głowę mężczyzny i jego twarz. W jednej chwili stał w drzwiach, a w drugiej był już przy nim; w normalnych okolicznościach zastanawiałby się czy to Mike był taki szybki, czy to on na dłuższe chwile tracił kontakt z rzeczywistością. Jednak tego nie zrobił, bo mózg odmówił mu posłuszeństwa.
- Coś Ty narobił, Chester?! Nie zamykaj oczu, słyszysz?! Zostań tu ze mną!
Ponownie to dziwne odczucie zwolnionego filmu. Każdy wyraz był przeciągnięty, a jego wydźwięk zniekształcony. Do tego te irytujące mroczki przed oczami.
Uśmiechnął się, widząc jak przez mgłę strach, panikę, przejęcie, błaganie i troskę w oczach przyjaciela. Wiedział, że przynajmniej jedna osoba się o niego martwiła i to właśnie z tą myślą oddał się zmęczeniu oraz senności, które towarzyszyły mu od samego początku. Ciemna otchłań go pochłonęła. Potem nie było już nic.
W długim, białym korytarzu panowała cisza. W powietrzu unosił się specyficzny zapach, który każdego człowieka przyprawiał o skurcz brzucha. Szpital. Chyba nikt nie lubił przebywać w tym miejscu, czy to dobrowolnie czy też z przymuszonej woli.
Spojrzenia całej czwórki spoczywały na sylwetce ciemnowłosego mężczyzny, który znajdował się w pomieszczeniu obok; to dzięki szklanej szybie widzieli dokładnie wszystko co miało tam miejsce. Pół-Japończyk na wpół siedział na krześle, a na wpół leżał na brzegu szpitalnego łóżka, trzymając w swoich dłoniach, pod swoją głową, drobną dłoń Chetser'a, która była nienaturalnie chłodna.
- Musimy go stamtąd wyciągnąć. Spójrzcie tylko na niego! Nie spał przez całą noc, a teraz zasypia na siedząco.
Zachrypnięty głos Rob'a rozniósł się echem po korytarzu, przerywając panującą tam ciszę.
Brad oderwał wzrok od sylwetki swojego śpiącego przyjaciela i przeniósł go na młodszego od siebie mężczyznę. Spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem. Był padnięty i ledwo trzymał się na nogach, a do tego męczył go okropny ból głowy. Mimo, że tkwili tam jedynie kilka godzin, to i tak czuli się jakby co najmniej nie spali przez trzy noce z rzędu.
Mike natomiast tkwił przy łóżku blondyna praktycznie cały dzień, nie opuszczając przyjaciela nawet na chwilę. Od momentu, gdy tu trafił, czyli coś koło północy, aż do teraz – do późnego wieczora.
- Myślisz, że nie próbowałem? Jest uparty jak osioł.
Mruknął w odpowiedzi i ponownie spojrzał na czuwającego Michael'a. Górne partie ciała delikatnie unosiły się z każdym oddechem, synchronizując się z ruchami klatki piersiowej blondyna. Na jego bladej twarzy malował się spokój, co było całkowitym przeciwieństwem tego, co czuli oni wszyscy. Byli bardziej niż niespokojni - wręcz przerażeni, jednak każdy z nich próbował zachować pokerową twarz, nie dając tego po sobie poznać.
- Co się tak właściwie stało?
Brad westchnął, odrywając się od ściany, przy której stał i usiadł na krześle tuż obok Phoenix'a, który zadając to pytanie odezwał się po raz pierwszy od dłuższego czasu.
- Sam nie wiem, Dave. Mike zadzwonił do mnie po południu, przerażony i spanikowany, mówiąc, że Chester leży w szpitalu. Zadzwoniłem do Was i przyjechałem tu najszybciej jak potrafiłem. Kiedy próbowałem z nim porozmawiać, on powtarzał tylko w kółko, że Chaz go okłamał i że nie chce go stracić. Od dawna nie widziałem go w takim stanie.
Mimowolnie posłał zmartwione spojrzenie przez szybę w stronę pomieszczenia naprzeciwko. Widok Pół-Japończyka w takim stanie był na prawdę czymś rzadkim, dlatego martwił się podwójnie, będąc pewnym, że całkiem niedawno widział mokre ślady łez na jego policzkach.
Mało co pamiętał z tego feralnego dnia. Do jego głowy docierały jedynie strzępki wspomnień z minionej nocy. Podpisanie kontraktu, świętowanie w jakimś klubie, potem przybycie chłopaków, głupie teksty i żarty na temat ich wyglądu, potem kolejne litry alkoholu i urwany film. Nie zauważył jak obydwoje zniknęli, nie wiedział jak znalazł się w swoim domu i w swoim łóżku. Miał też gdzieś dzwoniący telefon, bo wszystko wokół niego wirowało tak strasznie, że jedyne, na co miał ochotę, to sen. Dopiero kolejny telefon po południu go obudził. Telefon od Mike'a dotyczący Chester'a.
- Myślicie, że to coś poważnego?
- Oby nie, Joe.
Mężczyzna z burzą loków na głowie, za wszelką cenę próbował ukryć niepewność i drżenie w swoim głosie, ale nie potrafił. Miał dziwne przeczucie, że to było zdecydowanie coś poważniejszego niż jakieś zatrucie, bądź coś w tym rodzaju. Wolał jednak być dobrej myśli, dlatego zdawał sobie sprawę z tego, że musi być silny za nich wszystkich - nie wiadomo jak idiotycznie by to nie brzmiało, wiedział, że musi.
W samochodzie panowała napięta atmosfera. Pół-Japończyk skoncentrowany wpatrywał się w drogę, a blondyn siedzący na miejscu pasażera spał zmęczony ostatnimi wydarzeniami i swoimi przemyśleniami.
Co mu strzeliło właściwie do głowy, żeby kupić ten towar, zamknąć się w łazience i wciągnąć kreskę, czy trzy, ryzykując tym swoje życie? Był idiotą biorąc niesprawdzony towar, od nieznanego mu dilera. Jednak to nie to najbardziej go martwiło. Najgorzej czuł się z myślą, że wszystko układało się przecież tak wspaniale; po roku ciężkiej pracy, po roku mieszkania u Mike'a, w końcu dostali kontrakt. Coś zaczęło się dziać! A on? On to wszystko spieprzył swoim wybrykiem. Przez kogo? Przez Sam - swoją żonę. Czemu? Odeszła od niego tamtego dnia.
Sądził, że wszystko się ułożyło między nimi po tej kolacji. Był wtedy zły, czuł się zraniony i sądził, że przez to zniszczy doszczętnie swoje małżeństwo - jak bardzo się jednak mylił. Nawet nie wiedział, jak i kiedy znaleźli się w męskiej toalecie uprawiając seks. To i przeprosiny wystarczyły, by zadowolić Sam i w jakimś tam stopniu także i jego.
Pamiętał jeszcze jak potem, tego samego dnia tłumaczył się jak idiota przed Mike’iem ze swojego zachowania. Teoretycznie powiedział mu prawdę. Wytłumaczył, że poczuł się zraniony i przestraszony tym, że Anna zacznie być dla niego ważniejsza niż zespół. Jednak niestety to było tylko teoretycznie; Jeśli miałby być całkowicie szczery, powiedziałby mu, że poczuł się zazdrosny, zraniony, zdradzony i przestraszony tym, że ona zacznie liczyć się dla niego bardziej, niż on - jego przyjaciel. Mężczyzna kupił tą historyjkę i obiecał, że nic, nigdy nie będzie dla niego ważniejsze od ich zespołu.
Bennington długo jeszcze potem myślał o całym tym zajściu i swoich uczuciach, ale nie doszedł do żadnego sensownego wniosku; martwiło go tylko coraz to większe odczucie zazdrości i złości, gdy widywał ich razem.
Odchrząknął, otwierając oczy. Przetarł swoją twarz dłońmi i przyjrzał się widokowi za oknem. Wypisali go ze szpitala, po zaledwie drugim dniu i powinien jechać do domu, jednak ulice wydawały się dziwnie nieznajome.
- Gdzie my jedziemy?
Zapytał lekko spanikowany. Sam nie wiedział skąd pojawiło się to nagłe odczucie strachu. Cichy głosik w jego głowie mu po prostu podpowiadał, że coś było nie tak. Rozejrzał się po samochodzie w poszukiwaniu jakiejś wskazówki. Zmarszczył brwi, gdy zauważył swoją torbę na tylnym siedzeniu samochodu. Pochylił się w jej kierunku i szybko ją otworzył w panice wyrzucając z niej swoje części garderoby.
- Co to jest, Mike?!
Wykrzyknął trzymając w dłoni jedną ze swoich koszulek i machając nią przed swoją twarzą. Kiedy nie dostał żadnej odpowiedzi, zdenerwowany odrzucił ją do tyłu i spojrzał z czystą histerią na swojego przyjaciela, który ze stoickim spokojem prowadził samochód.
- Odpowiedz, do cholery!
Zażądał, czy raczej poprosił donośniejszym tonem - sądząc po błagalnej nucie w jego głosie. Nienawidził, gdy ktoś go ignorował i milczał jak gdyby nigdy nic.
- Okłamałeś mnie, Chester.
Jego głos był opanowany, cichy, jednak także przepełniony żalem, bólem i smutkiem. Było w nim tak wiele emocji, jednak mimo to pozostawał spokojny, podczas, gdy drugi mężczyzna tkwił w czystym przerażeniu i agonii.
- Gdzie jedziemy?!
Zapytał ponownie, czy może wykrzyczał histerycznie, żądając odpowiedzi. Nie prosił przecież o wiele; najzwyczajniej w świecie chciał dostać prostą odpowiedź, na proste, pieprzone pytanie.
- Jedziemy do kliniki.
- My?
- Ty, Chester. Idziesz na odwyk.
Otworzył usta, gdy cały sens tych wszystkich słów do niego dotarł.
Chciał go odesłać do jakiejś kliniki? Teraz?! Gdy dostali kontrakt? Gdy wszystko było dobrze?
- Nie jestem żadnym narkomanem!
Patrzył z niedowierzaniem na spokojną twarz dwudziestodwulatka. Jak on mógł? Już nie chodziło o to, że uważał go za jakiegoś ćpuna – bo w końcu wciągnął kilka kresek kokainy, ryzykując tym swoje życie – ale chodziło o to, że robił to akurat w takim momencie; w przełomowym momencie, który miał zadecydować o ich karierze!
- Czemu mi to robisz, Mike?! Chcesz się mnie pozbyć z zespołu, tak? Chcesz zgarnąć wszystko dla siebie?!
Nie panował nad słowami, które wydobywały się z jego ust. Wiedział doskonale, że to nie była prawda, wiedział, że wcale tak nie myślał; on próbował tylko zmusić swojego przyjaciela do jakiejkolwiek reakcji. Co dostał w odpowiedzi? Nic.
- ODPOWIEDZ!
- Robię to dla Twojego dobra, Chester. Zrozum, że nie chcę Cię stracić, nie chcę mieć Cię martwego! Chcę Cię żywego i zdrowego.
Zatrzymał samochód na małym parkingu, nie daleko kliniki, zgasił silnik i spojrzał na blondyna smutnym spojrzeniem. Wiedział, że wszystkie słowa, które padły z ust Bennington'a nie były prawdą; wiedział, że nie chciał, jednak mimo to lekko go zranił.
- Kłamiesz!
- Che...
- KŁAMIESZ!
Pół-Japończyk westchnął głośno, próbując uspokoić nerwy, które zaczęły powoli przejmować kontrolę nad jego stoickim spokojem. Wiedział, że kłótnia do niczego nie doprowadzi. Wiedział; aż za dobrze. Już raz doprowadził do tragedii po przez bezsensowne krzyki i szarpaninę i nie chciał popełnić tego samego błędu po raz drugi.
- Zrób to dla siebie, dla zespołu, dla nas. Dla mnie.
Blondyn zamilkł, przygryzając drżącą wargę. Czuł smak metalu w ustach. Sam jednak nie wiedział czy był to kolczyk, czy też krew. Zamknął oczy, zaciskając pięści. Odwrócił się, sięgnął po torbę i po porozrzucane ubrania, które szybko wrzucił do środka. Zasunął w nerwach zamek, o mało go nie urywając. Złość nadal w nim buzowała.
- Nienawidzę Cię.
Wysyczał, otwierając drzwi od samochodu i z niego wysiadając. Niemal od razu zatrzasnął je z głośnym hukiem. Pół-Japończyk był zbyt zszokowany by coś odpowiedzieć i jakoś zareagować. Chester nie żartował. Ten chłodny ton głosu...
Zacisnął swoje dłonie mocniej na kierownicy i patrzył jak jego przyjaciel znika za drzwiami klinki. Zwolnił uścisk, tylko po to, by po chwili uderzyć w kierownicę pięściami i wywołać głośny hałas klaksonem samochodowym.
Nie tak to sobie wyobrażał.
O CHOLERA.
OdpowiedzUsuńNie wiem, co Ci napisać. Ten rozdział jest po prostu... genialny. Żadko kiedy używam takich 'wielkich' słów. Ale tym razem nie przesadzam. Kocham Cię po prostu za to, co tu napisałaś. Choć w pierwszej części czułam się nieco zagubiona, nie wiedząc, co się dzieję, to uwielbiam pisanie w tym stylu. Te urywki, przeskoki w czasie, akcja w różnych miejscach... Może to być mylące, ale Ty napisałaś to dobrze. Naprawdę, bardzo dobrze.
Wszystko w tym rozdziale jest świetne. Jedyną uszczerbką (znowu - wybacz za upierdliwość) są 2 błędy interpunkcyjne. Ale to jest NIC. Zwłaszcza, że sama też popełniam błędy, ale stwierdziłam, że lepiej to napisać.
I Chester w klinice, mówiący, że nienawidzi Mike'a? Bardzo intrygujące zakończenie, nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na więcej. :3
Pozdrawiam, QA
Wiem, że właśnie można było się pogubić, dlatego długo się zastanawiałam czy dodać to, czy też nie xd
UsuńDziękuję za miłe słowa, po prostu sama nie wiem co powiedzieć - serio. Zatkało mnie.
Powiem tylko tyle, że to nie umywa się do Twoich opowiadań i Twoje stylu : p
Co do błędów, to dziękuję, postaram się potem na spokojnie ich poszukać xd
Jeszcze raz dziękuję, to wiele dla mnie znaczy :> Pozdrawiam i także czekam na kolejny rozdział :3
Ale pogubić w takim dobrym znaczeniu. Tak jak w dobrej książce, że jesteś zdezorientowany i nie wiesz, co będzie dalej, dopiero zakończenie wszystko wyjaśnia. :)
OdpowiedzUsuńEch, no to już Twoja opinia, ale też mi miło, dziękuję.
Także jeszcze raz - mówię Ci świetnie piszesz, uwierz tylko w to. :D
No to się spieprzyło. Ech, szkoda mi ich wszystkich. I Chestera, że znowu wpakował się w to gówno i teraz prawdopodobnie jeszcze ciężej będzie mu z niego wyjść i Mike'a, bo czuje się pewnie oszukany i zdradzony, jako,że przecież Chazy powiedział mu, że już w tym nie siedzi i reszty chłopaków, bo do końca nie wiedzą co się dzieje. Jak pisałaś o tym, że Chester czuł się zazdrosny o Mike'a i w ogóle i jak Shinoda czuwał przy jego łóżku to aż mi się tak cieplutko zrobiło. :3
OdpowiedzUsuńNo i ogólnie cały rozdział genialnie napisany, podobał mi się ten 'chaos', bo można się było w pewnym sensie wczuć w to, co Chester czuł po tym, jak wciągnął kreskę, był zdezorientowany, nie wiedział, co się dzieje, wszystko mu się mieszało - tak samo czułam się ja, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Mam nadzieję, że wyciągniesz pana Benningtona z tego gówna, szkoda byłoby dać na zmarnowanie taką dupę. ;p
Pozdrawiam i czekam na kolejny rozdział.
A jeśli chodzi o nowy u mnie to... właśnie się za niego biorę. :)
faktycznie, na początku też czułam się trochę zagubiona, ale stopniowo zaczynałam rozumieć. ;d fajnie, że dodajesz takie długie rozdziały, u mnie niestety z tym ciężko. podoba mi się rozwinięcie akcji, ciekawy pomysł z tą wypowiedzią Chaza o nienawiści do Mike'a. oczywiście mam nadzieję, że szybko się pogodzą i tak dalej ;d czekam na więcej ;3
OdpowiedzUsuńGenialne...
OdpowiedzUsuńKocham Twój styl i tę historię. Mam tylko nadzieję, że wkrótce wszystko się ułoży i będzie nieco mniej tragicznie. Mam na myśli nastrój oczywiście. Zazwyczaj lubię smutne opowieści, ale teraz potrzebuję trochę nadziei i (tak jak wszyscy) dużo miłości...
Czekam na kolejne części z niecierpliwością.
Powodzenia!
Świetny rozdział naprawdę świetny!
OdpowiedzUsuńPodoba mi się każde słowo, które tutaj napisałaś. Wszystko idealnie pokazałaś i byłam w stanie wyobrazić sobie każde zdanie. W pewnym momencie się pogubiłam co, ale dałam radę. Mam nadzieję, że Chez wyjdzie z tego cholerstwa, nie może zbyt łatwo się poddać :) A Mike powinien go wspierać w tych chwilach i dobrze zrobił wysyłając go do kliniki. :)
Pozdrawiam! :* i dziękuję za poinformowanie!
o cholera, dobra, tego sie nie spodziewałam, ani po Chesterze, ani po Michaelu... w sumie co do Chestera to jakoś mnie nie zaskoczyło to, że znów sięgnął po dragi, z takiego bagna trudno jest sie wydostać.. jeszcze to koncowe 'nienawidze cię' brrr
OdpowiedzUsuńzapraszam do mnie na rozdział ósmy i byłabym wdzięczna za pozostawienie opinii. Pozdrawiam. :)
OdpowiedzUsuńnowy, zapraszaam :)
OdpowiedzUsuńHej, hej, hej!
OdpowiedzUsuńInformuję o nowym rozdziale na moim blogu :)
http://live-fast-dont-forget-us.blogspot.com/
Sory, że dopiero teraz komentuję, ale dopiero założyłam konto. Nie wiem co napisać, bo blog jest genialny! ! Czekam na następny rozdział.
OdpowiedzUsuńZapraszam do sibie:
lost-in-your-mistakes.blogspot.com