środa, 10 października 2012

Rozdział siódmy

"Jak mamy tworzyć całość, skoro
każdego dnia wykruszamy się 
nawzajem, nie pasując do siebie
coraz bardziej."  


 Kilka promyków słońca przedostało się przez uchylone okno, pokonując krótki dystans przez cały pokój, docierając do kanapy i oświetlając przesiąkniętą snem twarz, na której malował się delikatny uśmiech. 
Nie otwierając oczu przetarł je swoimi pięściami, rozkoszując się resztkami wspaniałego snu. 
Lubił śnić - jak każdy. W nocy, gdy światła gasły, a ulice pustoszały, on leżał w łóżku, czekając, aż drzwi do jego Świata się otworzą, wpuszczając go do środka. Tam mógł być kim tylko chciał, mógł robić wszystko to, czego zapragnął, bez konsekwencji. Mógł spełnić każde, najskrytsze marzenie, bez obawy, że ktoś się o nim dowie. Wszystko zostawało w jego myślach. W najgłębszym zakamarku jego duszy.
Odchylił swoje barki w tył, rozciągając zastygłe mięśnie. Podnosząc swoje ręce w górę zaczął ziewać, a następnie powoli otworzył oczy, od czasu do czasu jeszcze je mrużąc, by ochronić je od ilości światła, które padało na jego twarz.
Kiedy robił to za szybko zawsze przed oczami pojawiały mu się kolorowe wzorki, a przez głowę przechodził tępy, kilkusekundowy ból. Dlatego wolał aby w jego pokoju panował półmrok.
Ten fakt zmusił go do rozejrzenia się wokoło. Mieszkał sam, więc kto mógł odsłonić rolety, uchylić okno i wpuścić słońce do środka?
Zmarszczył brwi, gdy zamiast swojego pokoju ujrzał jakieś pomieszczenie, które... Było łudząco podobne do tego z jego snu. Zdezorientowany, zamknął oczy i po chwili ponownie je otworzył, by  upewnić się, że jednak nie śnił.
Więc to wszystko prawda?
Tak, był w mieszkaniu Chester'a. Tak, blondyn zaśpiewał jedną ze swoich piosenek ubiegłej nocy. Tak, zasnął na kanapie w jego salonie.
 
Zrzucił z siebie koc, nie mając pojęcia jakim cudem znalazł się on na nim i wstał powoli. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że słyszy lekko podniesione głosy, roznoszące się stłumionym echem po całym mieszkaniu.
Rozpoznał pośród nich głos Chester'a, co nie było trudne, zważając na to, że nikt inny nie miał tak intrygującego głosu na tym świecie. Drugi należał do jakiejś kobiety, którą za pewne była jego żona. Mężczyzna wspominał coś o niej poprzedniego dnia, ale nie mówił wiele, a on sam nie naciskał.
 
Mimo, że jego mózg nie pracował jeszcze najlepiej - jak zawsze rano po przebudzeniu - to z łatwością mógł wydedukować, że para się kłóciła.
Podrapał się po głowie, nie do końca wiedząc co  ze sobą zrobić i jak się zachować. Odniósł dziwne wrażenie, że przyczyną ich kłótni, bądź sprzeczki, która miała miejsce, był on sam we własnej osobie. 
Dlaczego, zapytacie?
- Uspokój się, obudzisz Mike'a!
Do jego uszu dotarł zdenerwowany głos Chester'a. Brzmiał tak samo, a jednak tak różnie od tego, który miał okazję słyszeć poprzedniego dnia.
- W dupie mam Twojego Mike'a! Tu chodzi o nas, Chester! Nie wierzę, że  chcesz z nim wyjechać na tydzień i mnie tu zostawić!
I oto tu znajduje się odpowiedź na Wasze pytanie. Właśnie dlatego.
Był pewien, że chodziło o niego. W stu procentach.
- Doskonale wiesz, że robię to dla nas! Próbuję wyciągnąć nas z tego  cholernego bagna!
- Gówno prawda, myślisz tylko i wyłącznie o sobie! Czemu nie możesz być  jak inni, tylko musisz zabawiać się w pieprzoną gwiazdę rock'a?!

Mike całkowicie już rozbudzony, czując dziwny ucisk w brzuchu, przestąpił z jednej nogi na drugą.
 
Nie znał żony Chester'a, ale wiedział, że nie będzie skłonny do tego, by ją  polubić. Nie zamienił z nią nawet jednego słowa, a już działała mu na nerwy.
 
Przygryzł lewą, wewnętrzną stronę policzka, walcząc z myślami.
Nie mógł przecież tak stać i słuchać  tego wiecznie. Musiał coś zrobić.
- No CZEMU, Chester? Powiedz mi!
- Doskonale wiesz, że kocham muzykę.
- Doprawdy? Myślałam, że kochasz mnie...
- Wiesz o czym mówię, Sam.

Nie ma nic gorszego, niż zranione uczucia kobiety, prawda? Uczucia Samanthy były nawet bardziej niż bardzo zranione, były doszczętnie pokruszone i bezczelnie zdeptane przez rzeczywistość.
Nie powiedział, że także ją kocha. Nie powiedział tego i to tak bardzo bolało. Niektóre słowa i gesty ranią, ale czasem ich brak boli jeszcze bardziej.
- Ta cała Twoja kariera skończy się szybciej, niż się zacznie, Chester. Dobrze o tym wiesz! Więc nie pieprz głupot, skończ marzyć i dorośnij!
Miał dość słuchania tych bzdur.
Głęboki oddech, pierwszy krok i... Niech się dzieje co chce. Może i będzie potem tego żałował, może i wyjdzie na skończonego kretyna, albo niewychowanego dupka, ale musiał coś zrobić - cokolwiek.  Nie  miał zamiaru pozwolić wmawiać Chaz'owi czegoś, co nie było prawdą.
Szybkim krokiem wyszedł z salonu, na oślep zmierzając do kuchni. Nie musiał szukać długo, bo mieszkanie nie było zbyt duże.
 Jego dom także nie ociekał luksusem, też nie był jakiś wspaniale bogaty. Póki co żył jeszcze na garnuszku ojca, ale jeśli miałby postawić się w sytuacji Chester'a... Nie wyobrażał sobie tego.
Kiedyś w wakacje dorabiał sobie dorywczo i ciężko byłoby mu wyżyć za tych parę marnych groszy, które zarobił, gdyby nie pieniądze ojca. A Bennington? Musiał utrzymać mieszkanie, siebie i żonę.
Podziwiał go pod tym względem i domyślał się, że nie było mu łatwo. I właśnie ich małe mieszkanie to odzwierciedlało.

- Gdybyś usłyszała go wczoraj, wiedziałabyś, że się mylisz.
Jak przez mgłę dotarł do niego jego własny głos, roznoszący się echem po małej kuchni. Przerwał martwą ciszę między dwójką małżonków.
Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że te wszystkie słowa opuściły jego usta. Nie zdawał sobie sprawy, że zwrócił się do nieznajomej tak chłodnym tonem, że ta aż spojrzała na niego zszokowana i lekko oburzona.
 Nie spodobał jej się fakt, że jakiś nieznajomy spał u niej w domu, ale mogła na to przymknąć oko. Jednak, kiedy ten sam człowiek tak po prostu wszedł do kuchni, wtrącając się w ich prywatne sprawy i zwracając się do niej tym okropnie chłodnym tonem głosu, to wiedziała, że miarka się przebrała.
 
Między wszystkimi zapadła głucha cisza, sprawiając, że atmosfera z każdą sekundą stawała się coraz bardziej napięta i niezręczna.
Czarnowłosa kobieta stała oparta o blat kuchenny, trzymając granatowy kubek w obu dłoniach i patrzyła znad niego na, lekko speszonego swoim zachowaniem, Michael'a.
 
Chyba każdy z Nas zna to okropne uczucie, kiedy zrobimy coś, albo powiemy bez namysłu, a potem żałujemy tego tak bardzo, że mamy ochotę zapaść się pod ziemię? Tak mniej więcej czuł się Shinoda w tamtym momencie.
 
Chester za to wpatrywał się w podłogę, pod jego stopami, trzymając ręce w kieszeniach swoich ciemnych jeans'ów. Nie miał mu zazłe, tego co zrobił. Czuł się raczej fatalnie ze świadomością, że mężczyzna był świadkiem jego kłótni z Sam.
- Przepraszam, że Cię obudziliśmy, Mike.
Zdenerwowany, zakłopotany, zawstydzony. To wszystko zdołał wyczytać ciemnowłosy mężczyzna z tego krótkiego zdania, wypowiedzianego cichym  głosem przez Chaz'a. Uczucia wręcz wibrowały w powietrzu.
- Nie ma sprawy i tak powinienem wstać jakieś dwie godziny temu.
Powiedział zerkając na mały zegarek, wiszący na kuchennej ścianie, który wskazywał godzinę dziewiątą dwie. Patrząc na tarczę zegara, oderwał tym samym wzrok, który dotychczas skupiony był na brudnych naczyniach i papierach - prawdopodobnie rachunkach - leżących na stole. Mebel stał pod oknem na wprost niego, a on sam znajdował się w wejściu do kuchni, mając doskonały widok na całą sytuację.
Mężczyzna posłał uspokajający uśmiech w stronę Chester'a, który patrzył na niego kątem oka.
Za wszelką scenę próbował zignorować palący wzrok na sobie, należący do Pani Bennington. Niemal czuł jej złość na swojej skórze.
- To ja pójdę dokończyć pakowanie swoich rzeczy, a Sam przygotuje Ci coś do zjedzenia. Prawda, Sammy?
Wymuszony, blady uśmiech posłany w stronę ciemnowłosej kobiety miał zamydlić Shinodzie oczy i zmusić go do uwierzenia, że między nim, a jego żoną wszystko jest jak w najlepszym porządku. Mimo, że cichy głosik w jego głowie podpowiadał mu, iż Mike i tak już wszystko wie i nie musi dalej udawać, to desperacko do tego dążył. Zupełnie jakby oszukiwanie innych i samego siebie miało naprawić jego relacje z Samanthą, niczym machnięcie czarodziejską różdżką.
Kobieta nic nie odpowiedziała, tylko nadal ze złością wpatrywała się w sylwetkę pół-Japończyka.
- Dam sobie radę, idź.
Mike z uśmiechem odprowadził Chester'a wzrokiem, który szybko zniknął za drzwiami sypialni. Niemal od razu wyciągnął z dużej szafy czarną torbę podróżną i zaczął wrzucać do niej wszystko co wpadło mu w ręcę. Nie zawracał sobie głowy, składaniem i układaniem. Wkładał części swojej garderoby jak popadło, nie dbając o to, że zapewne po kilkugodzinnej podróży będą całe pogniecione. Nic go tak na prawdę nie obchodziło. Miał tylko jeden cel - wyjście z tego domu i udowodnienie Sam, że się myli.
 
Kiedy rano się obudził, jego głowa spoczywała na ramieniu Shinody, a dłoń kurczowo trzymała w uścisku skrawek koca, którym młodszy mężczyzna był przykryty. Może inaczej; nie kiedy się obudził, lecz raczej kiedy został brutalnie obudzony przez swoją żonę, szarpiącą jego ramię. Była w złym humorze, wiedział to, mimo, że tak na prawdę ledwo co kontaktował z otaczającym go Światem.
- Co on tu robi?
Zapytała wtedy, cedząc każde słowo przez zęby i wskazując dłonią na siedzącego i śpiącego mężczyznę na kanapie nie opodal Chester'a.
Słysząc wrogość w jej głosie, wiedział już, że cała ta sprawa nie ujdzie mu płazem, nie rozejdzie się po kościach - tak czy inaczej będzie musiał stawić jej czoła. Więc to zrobił. Wstał, złapał kobietę za nadgarstek i pociągnął ją za sobą w stronę przedpokoju, a następnie do łazienki, gdzie zaczął zbierać wszystkie swoje przybory toaletowe. Chwytał wszystko, co należało do niego i znajdowało się w zasięgu jego wzroku. Maszynka do golenia, woda toaletowa, dezodorant, perfumy, szczoteczka do zębów - wszystko to, co mogło mu się przydać.
- Wyjeżdżam, Sam.
Dwa słowa - tylko tyle zdołał wypowiedzieć w tamtej chwili. Nie było go stać na nic więcej.
Wiedział też, że nie było sensu jej od razu wszystkiego tłumaczyć, bo prędzej czy później przerwałaby mu, wykrzykując coś histerycznie.
Szybko dokończył gromadzenie swoich rzeczy, po czym włożył je do jakiejś czarnej, pierwszej lepszej kosmetyczki, którą znalazł, a następnie trzymając ją w dłoni ruszył w stronę sypialni z zamiarem spakowania kilku ubrań. W połowie drogi jednak został zmuszony do zatrzymania się, słysząc wściekłość i niedowierzanie w głosie swojej małżonki.
- Słucham?!
Jej głośny ton głosu nakazał mu konfrontację z nią twarzą w twarz, więc zawrócił i podszedł do niej spokojnie.
- Ciszej.
- Nie będę cicho! Co ty sobie w ogóle wyobrażasz, co? Masz zamiar od tak sobie wyjechać i zostawić mnie tu samą?!
- To tylko tydzień i prosiłem Cię, żebyś była ciszej.
- Ty chyba sobie ze mnie żartujesz, Chester! TYLKO tydzień? Jak ja mam niby sobie poradzić przez te kilka dni?
- Nie wiem, wymyśl coś. Możesz pojechać do swoich rodziców, cokolwiek, Sam, ale ja mam już tego serdecznie dosyć.

Nie miał pojęcia skąd wzięło się w nim tyle spokoju w tamtym momencie.
Nawet nie spostrzegł jak znaleźli się w kuchni; on stojący tam z małą, czarną kosmetyczką w dłoni, a ona kręcąca się po kuchni, robiąc sobie kawę, by zająć czymś dłonie. 
Miała wielką ochotę podjeść i uderzyć blondyna prosto w twarz.
 
Nikt nie był idealny, ona także. Zdawała sobie z tego sprawę, wiedziała, że popełniła kilka błędów w swoim życiu – jak każdy inny. Ale czy żądała od swojego męża, aż tak wiele? Chciała tylko zwykłego, prostego życia, jak inne jej przyjaciółki. Chciała żeby było tak jak dawniej, kiedy to byli młodzi i szaleńczo w sobie zakochani. Chciała wychodzić, bawić się, żyć chwilą, a nie rwać sobie włosy z głowy, gdy Chester szlajał się gdzieś po mieście, całkowicie pijany. 
Chciała beztroskiego życia, u boku mężczyzny, którego kochała, a nie kłótni, krzyków i zmartwień. 
Doceniała to, że pracował, aby ją utrzymać, ale nie tego pragnęła. Nie tego się spodziewała biorąc go za męża. 
Sądziła, że spędzi resztę swojego życia z szalonym, zwariowanym człowiekiem, którego pokochała od pierwszej chwili, gdy się poznali. 
Kiedyś coś do niego czuła. To dlatego pomogła mu, gdy był na samym dnie; sądziła, że potem będą żyć, tak jak ona to sobie wymarzyła. Jednak tak się nie stało. Nie dostała w zamian za pomoc, tego czego chciała.
 Czy teraz go kochała?
 Nie wiedziała; może gdzieś głęboko, pod tym bólem, który sprawiali sobie nawzajem, była jeszcze resztka jej miłości do dawnego Chester’a. 
 Jednak czy czucia, które ona nazywała miłością, były nią tak na prawdę? 
Czy miłość nie powinna być bezgraniczna? Czy nie powinniśmy robić dla drugiej osoby wszystkiego, nie oczekując nic w zamian? Powinniśmy. 
Ona – owszem – pomogła, ale zrobiła to licząc, na to, że mężczyzna zapewni jej życie, takie jakie ona będzie chciała. 
Może i coś do niego czuła, ale czy była to prawdziwa miłość? 
- Jesteś pieprzonym egoistą, Chester!
Głuchy stukot metalu o blat zmieszał się z jej podniesionym głosem. Widział jak jej oczy nabrały szklanego wyrazu twarzy, przyprawiając go o skurcz brzucha. Nienawidził, gdy ktoś przez niego płakał. Nie znosił dzierżyć w sobie tego poczucia winy i świadomości, że kogoś skrzywdził. Nie trawił sumienia, mówiącego mu, że jest potworem.
 Patrzył jak ze złością podnosi łyżeczkę - która kilka sekund wcześniej upadła na blat, wywołując głuchy brzęk - i rzuca nią w jego stronę. Nie trafiła oczywiście, bo drżące ze złości i bezsilności dłonie jej na to nie pozwoliły. Łyżeczka wylądowała na podłodze, pod stołem.
- Uspokój się, obudzisz Mike'a!
Wykrzyknął zdenerwowany. Mógł zrozumieć to, że była na niego wściekła, ale nie musiała od razu rzucać wszystkim tym, co tylko wpadło jej w ręce.
 
Reszta? Już ją znacie.
 
Wszystkie te obrazy, wszystkie wypowiedziane słowa nadal tkwiły w głowie Chester'a. Towarzyszyły mu przez te kilkanaście minut, gdy pakował swoje rzeczy i nawet teraz - gdy siedział z zamkniętymi oczami obok czarnej torby, opierając się plecami o drzwi szafy.  
Czy faktycznie dobrze robił, wyjeżdżając i zostawiając swoją żonę samą? 
Chciał się wyrwać z tego miasta, z tego mieszkania; chciał odciąć się od atmosfery i konfliktu między nimi, ale czy to było słuszne? Chcieć nie zawsze znaczy móc. Był przecież zobowiązany wobec Sam. 

 Tymczasem Samantha oparta o blat kuchni nadal mierzyła pół-Japończyka wściekłym spojrzeniem.
On stał jednak spokojnie, rozglądając się po pomieszczeniu i usilnie próbując ignorować kobietę.
Było mu głupio, że zachował się tak jak zachował; wtrącił się, chociaż nie powinien, ale to nie zmieniało faktu, że ona nadal działała mu na nerwy i wiedział, że jeśli go ponownie zdenerwuje, to nie będzie zawracał sobie głowy uprzejmościami.
- Nie wiem czy wiesz...
Odstawiła granatowy kubek po kawie trochę mocniej, niż powinna, zwracając tym samym uwagę mężczyzny na siebie, a także wyrażając swoje niezadowolenie, spowodowane jego obecnością.
-...ale to niegrzecznie wtrącać nos w nieswoje sprawy.
- Nie wiem czy wiesz...
Jego głos zawisł na moment w powietrzu, tworząc dramatyczną pauzę, którą wykonał umyślnie, próbując ją naśladować. 
Skrzyżował ręce na piersi, opierając się jednym ramieniem nonszalancko o ścianę i posyłając kobiecie spokojny, lecz nieco wredny uśmiech.
- ...ale jesteś jego żoną i powinnaś go wspierać.
- Pieprz się, człowieku! Myślisz, że tak łatwo uda Ci się odebrać mi męża?
- Nikt nie chce...
- Jeśli tak, to grubo się mylisz! Nie wiem kim jesteś, nie wiem co tu robisz, ale pożałujesz tego jeszcze kiedyś, przyrzekam.

Z tymi słowami ciemnowłosa kobieta, odwróciła się do Michael'a plecami, opierając się obiema dłońmi o blat. Jej długie czarne włosy, opadały kaskadą fal na jej plecy, a także zwisały luźno wzdłuż jej twarzy, ukrywając ją.
Ciemnooki mężczyzna także odwrócił się do niej i do całego pomieszczenia plecami, odchodząc.
Nie wiedział co mógłby jej odpowiedzieć, nie miał pojęcia co mógłby zrobić, dlatego po prostu wyszedł, zostawiając ją samą. Tego najwidoczniej od niego oczekiwała, odwracając się do niego tyłem.
Nie przejmując się słowami kobiety, przemierzył ciemny korytarz, zatrzymując się przed zamkniętymi drzwiami od sypialni. Z łatwością się domyślił, że to właśnie tam znajdował się wspólny pokój blondyna i jego żony. 
Na swoją twarz włożył uśmiech, pukając cicho do drzwi, za którymi znajdował się Bennington. 
Kiedy nie otrzymał żadnej odpowiedzi, nacisnął na klamkę, powoli uchylając drzwi i zaglądając do środka. Tuż za rogiem po prawej stronie zauważył blondyna siedzącego na podłodze i opierającego się o zamknięte drzwi szafy. 
Wyglądał na zamyślonego i bijącego się z własnymi myślami. 
Faktycznie tak było, bo targały nim okropnie sprzeczne uczucia.
- Wszystko w porządku, Chester?
- Jasne. Po prostu... Możemy już jechać?

Skinięcie głową, które dał mu Shinoda w odpowiedzi, zmusiło go do podniesienia się i wzięcia spakowanej torby w swoje ręce. 
 
Za wszelką cenę próbował nie dać się wpędzić w poczucie winy względem Samanthy. Nie tym razem.
 
Szybkim krokiem przeszedł się jeszcze po salonie, zbierając takie rzeczy, jak portfel, klucze, czy wszystkie kartki zapełnione tekstami. Następnie ubrał buty, chwycił bluzę z wieszaka i po raz ostatni tego dnia, wszedł do kuchni.
Na stole, tuż obok wszystkich naczyń i rachunków zostawił połowę gotówki, którą miał w portfelu. Przynajmniej tyle mógł zrobić. 
Nie potrafiłby zostawić jej bez grosza przy duszy. Był człowiekiem, który popełnił kilka błędów, ale nie był bez serca. 
Miał żonę i był wobec niej zobowiązany. Jeden ze swoich obowiązków właśnie wypełnił; zadbał o to, by miała chociażby trochę pieniędzy podczas jego nieobecności. 
- Trzymaj się, Sammy. 
Z tymi trzema słowami opuścił kuchnię, a następnie także swoje mieszkanie, zatrzaskując za sobą cicho drzwi. 
 
Żaden z mężczyzn nie był świadom potoku łez, który spływał po twarzy kobiety tylko, po to aby upaść na blat i wytworzyć niemy krzyk rozpaczy.
   
 Chłodna szyba dotykająca jego czoła, działała na niego kojąco. Dzięki niej myśli, przebiegające przez jego głowę zdawały się trochę zwolnić tempa i stać się mniej intensywne. Jednak nadal pozostawały, męcząc go zarówno psychicznie jak i fizycznie.
Stresował się, gdy nadmiernie się czymś przejmował, albo martwił, co z kolei sprawiało, że robił się spięty. A siedzenie w tej samej pozycji z mięśniami napiętymi do granic możliwości, raczej nie były korzystne dla fizycznego samopoczucia.
 
Zadręczał się tym, czy faktycznie dobrze postępuje, będąc w samochodzie Mike'a w drodze do Kalifornii.
Może faktycznie był zwykłym egoistą? Może wcale nie robił tego dla nich oboje - dla siebie i Sam - może robił to tylko i wyłącznie ze względu na swoje szczenięce marzenia, wmawiając sobie po prostu, że robi to także dla swojej żony i dla ich dobra.
Tak mogło być, prawda? W końcu był mistrzem we wmawianiu sobie tego, co było dla niego wygodne, czyż nie? Robił to na każdym kroku, robił to tak często, że mógł nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że okłamuje samego siebie. 

 Podniósł wzrok, zauważając sylwetkę Michael'a zbliżającą się do samochodu. Mężczyzna wyszedł ze stacji benzynowej, na której się zatrzymali z dwiema małymi, papierowymi torbami, w których - jak domyślił się Chester - było jedzenia.
 Byli w drodze już od jakichś czterech godzin i głód dał o sobie znać w postaci cichego burczenia w brzuchu. Ze względu na to, że oboje nie zjedli śniadania, Michael uparł się, że kupi coś przy najbliższym tankowaniu i tak zrobił.
Obserwował jak czarnowłosy mężczyzna podchodzi do samochodu i otwiera drzwi od strony kierowcy, a następnie wsiada do środka.
- Smacznego, śpiochu.
Torba z jedzeniem wylądowała na kolanach blondyna, który posłał w odpowiedzi słaby uśmiech w stronę pół-Japończyka.

 Poczuł dziwny skurcz w klatce piersiowej, gdzieś w okolicach serca, widząc szczery i szeroki uśmiech, rozświetlający twarz Mike'a. Doskonale wiedział co to było. Poczucie winy.
Czuł się okropnie ze świadomością, że praktycznie przez większość czasu udawał, iż spał, gdy tak na prawdę rozmyślał, czy dobrze robi jadąc w tym cholernym samochodzie.
- Nawzajem.
Odpowiedział cicho, nawet nie otwierając papierowej torby i sprawdzając co jest w środku. Ponownie wpatrywał się w jakiś odległy punkt za szybą, który z każdą sekundą robił się bardziej niewyraźny.
 Wszystko stało się tak nagle. Jeden telefon, spotkanie i wyjazd na tydzień do innego, oddalonego o siedem godzin Stanu. Z taką łatwością przyszło mu podjęcie wszystkich tych decyzji, jednak czy to oznaczało, że były one słuszne?
Czasem łatwość wyboru, nie oznacza właściwej decyzji.
- To przeze mnie się pokłóciliście.
To nie było pytanie, to było proste stwierdzenie, którego Mike był w stu procentach pewien.
On także nie pofatygował się, aby otworzyć pakunek i zjeść jego zawartości. Patrzył na Chester'a i jego lewą dłonią, na której znajdowała się zwykła obrączka,  a także ta w postaci tatuażu, której wcześniej nie zauważył. 
 Bennington pamiętał doskonale dzień, w którym poszli do salonu, aby ozdobić palec serdeczny u lewej dłoni, tatuażem w postaci obrączki. Zrobili sobie swój mały, własny ślub. Po jakimś czasie zawarli jednak oficjalny związek małżeński, umocniony prawem Stanu Arizona.
 
Okropnie było Mike’owi ze świadomością, że poróżnił i rozdzielił dwie kochające się osoby.
Patrzył jak blondyn odrywa głowę od szyby i odwraca ją w jego stronę. Uśmiechał się smutno.
- To nie przez Ciebie, Mike. Nasz związek trochę się skomplikował, ostatnimi czasy i jeśli miałbym kogoś za to winić, to tylko i wyłącznie siebie.
Zmęczenie i żal w jego głosie i oczach sprawiały, że wyglądał na starszego przynajmniej o kilka lat. Stres i zmartwienia nigdy nikomu nie służą, w tym przypadku nie było inaczej. Czuł się zmęczony całym tym zamartwianiem się i dbaniem o to, aby nic się między nim, a Sam nie rozsypało.
Ile było można?
Mimo największych chęci, człowiek w końcu traci ochotę, gdy dając wszystko, nie otrzymuje nic w zamian.
Po kłótniach, to zawsze on przychodził z podkulonym ogonem i przepraszał, to on zawsze błagał o przebaczenie i obiecywał poprawę. Teraz, gdy po raz pierwszy bez żadnych przeprosin zostawił ją samą, czuł się winny - mimo tego, że wcześniej próbował nie dać się w to wrobić. 
Jedno musiał przyznać; przyprawianie go o wyrzuty sumienia, wychodziło Sam idealnie.
Był zmęczony poczuciem winy, był wykończony głosem sumienia, które ciągle powtarzało mu, że jest okropnym mężem i nic niewartą osobą. 
 Michael widział to wszystko doskonale, widział jak się zadręcza i jak bardzo go ta cała sytuacja wykańcza. Ale czy było coś, co mógł zrobić?
Otworzył usta, by coś powiedzieć, by zaprzeczyć, ale nie zostało mu to dane. Bezbarwny i pusty głos blondyna dotarł do uszu pół-Japończyka, przyprawiając go o dziwny ścisk w klatce piersiowej.
- Może Sam ma racje? Może nie ma żadnej kariery? Może jestem tylko zwykłym egoistą; w końcu zostawiłem ją samą.
- Nikt Cię do niczego nie zmusza, Chester. Masz prawo wyboru i jeśli chcesz, możemy zawrócić.

Dłoń Shinody wylądowała w okolicy kolana blondyna, ściskając je delikatnie w pocieszającym geście.
Dwudziestodwulatek zadrżał przestraszony, uciekając od ciepłego dotyku Mike'a w bok, co spowodowało, że uderzył ramieniem w drzwi samochodu.
W jego oczach czaił się strach.
Ciemnowłosy mężczyzna wyraźnie speszony zabrał dłoń, nie do końca wiedząc jak powinien się zachować. Niepokoiło go to, jak Bennington reagował na jego dotyk, nie podobał mu się także ten błysk przerażenia, który pojawiał się w jego oczach za każdym razem, gdy znajdował się zbyt blisko niego.  
- Ja... Przepraszam, Mike.
Wszeptał cicho,  po czym schował twarz w dłoniach. Wziął kilka głębokich oddechów i rozluźnił wszystkie mięśnie, które spięły się automatycznie, gdy ciepła ręka pojawiła się na jego nodze, w okolicy kolana.
 
Zachowywał się jak paranoik; był pewien, że w oczach młodszego mężczyzny wyglądał żałośnie.
Jednak ciężko było mu nie panikować, gdy czuł jak demony przeszłości powracają,  przejmując nad nim kontrolę. Były wszędzie. W jego głowe  i nawet nad nią, szepcząc mu jego historię z dzieciństwa – jego okropne wspomnienia.
- Spokojnie, nic się nie stało. Jeśli nie chcesz, żebym Cię dotykał po prostu mi powiedz.
Posłał mu uspokajając uśmiech, odkładając swoją torbę z jedzeniem na tylne siedzenie. Następnie odwrócił swój tułów w prawą stronę, by móc lepiej widzieć sylwetkę blondyna.  
Nie miał zamiaru wypytywać go o przyczynę jego zachowania. Bynajmniej nie w tamtej chwili; był pewien, że jeśli zechce, to sam mu powie, w odpowiednim dla niego momencie.
- Daj mi tylko trochę czasu.
Poprosił stłumionym przez jego dłonie, głosem.
- W porządku, dostaniesz go tyle, ile potrzebujesz, a teraz spójrz na mnie.
Oczy przepełnione wstydem i smutkiem spotkały jego czekoladowe spojrzenie.
Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że tęczówki Chester'a były koloru ciemnego brązu, który złudnie wydawał się być czarny. Jak mógł wcześniej tego nie zauważyć?
Teraz – gdy emocje ukryte za tym kolorem, nie pozwalały mu odwrócić wzroku – widział jego oczy bardzo dokładnie. Każdy detal, każdy odcień, który mieszał się z emocjami w nich zawartymi.
- Nie jesteś egoistą i Sam wcale nie ma racji, słyszysz? Jesteś świetnym facetem i na pewno wspaniałym mężem, a jeżeli ona nie potrafi tego docenić, to tylko i wyłącznie jej problem.
Zmusił swój głos by brzmiał pewnie  i silnie. Musiał mu pokazać, że słowa kobiety były tylko i wyłącznie nic niewartą i idiotyczną paplaniną.
- Nawet mnie nie znasz, więc jak możesz wiedzieć jaki jestem?
- Wiem, że znamy się zaledwie drugi dzień, ale ja to po prostu czuję, ok? Więc... Słuchaj, jeśli chcesz, możemy zawrócić i...
- Nie.
- To dla mnie żaden problem, Chester. Nie chcę żebyś się tym wszyskim zadręcz...
- Nie, Mike. W porządku, po prostu jedź.

Michael westchnął w myślach, rzucając ostatnie, zmartwione spojrzenie na mężczyznę tuż po jego prawej stronie, a następnie włożył kluczyk do stacyjki  i odpalił silnik, zwalniając hamulec ręczny.
Dodał gazu, ruszając przed siebie i wyjeżdżając na starą, opustoszałą drogę.
 Zastanawiał się nad markotnością blondyna. Mimo zapewnień z jego strony, wiedział swoje; czuł, że to właśnie on był powodem sprzeczki, a co za tym idzie – przyczyną zmartwień. Przecież nie tak dawno – bo zaledwie jeden dzień wstecz, podczas ich spotkania – mężczyzna wydawał być się szczęśliwy. Do czasu. Kłótnia i raniące słowa żony odebrały mu tę radość i uśmiech z jego twarzy.
 Michael jednak nie zdawał sobie sprawy, że było całkiem na odwrót. Nie wiedział o tym, że samopoczucie Chester’a było takie same – a nawet gorsze – już długo przed ich spotkaniem. To pół-Japończyk i jego uśmiech był powodem dobrego humoru blondyna tego dnia.
Młodszy mężczyzna wcale nie był przyczyną jego zmartwień, wręcz przeciwnie; dzięki jego obecności jeszcze jakoś się trzymał. Gdyby nie on, teraz pewnie siedziałby z piwem, czy tanim winem na jakiejś ławce, albo szlajał się od baru do baru, pakując się w tarapaty.
Łatwiej było się upić, niż zmierzyć z problemem. Łatwiej było chociaż przez chwilę nie pamiętać, nie martwić się, nie przejmować.
 Pamiętał pewną sytuację z przed dwóch lat – a może i nawet dwóch i pół – kiedy to Sam powiedziała mu, że od paru miesięcy nie widziała go trzeźwego.
Miał wtedy ciężki okres i jedynym dla niego ratunkiem była butelka wódki, albo innego trunku.
Co jej wtedy odpowiedział?
Że to bzdura.
A co było w tym wszystkim najbardziej ironiczne?
To, że wypowiadając te słowa, trzymał w dłoni pełną szklankę Whisky.

 
Kiedy cisza między dwójką mężczyzn stała się niezręczna, pół-Japończyk spojrzał przelotnie na swojego towarzysza, który – jak można było się domyślić – wpatrywał się w jakiś punkt za oknem, bijąc się z myślami.
Nie chciał sprawiać kłopotu Mike’owi swoim zachowaniem, ale to było silniejsze od niego. Nic nie mógł poradzić, na to, że uczucia przejęły nad nim kontrolę. Mógł udawać, mógł wymuszać uśmiechy, ale po co? I tak wiedział, że pół-Japończyk nie da się na to nabrać. Chester doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że można było z niego czytać jak z otwartej księgi.
- Zjedz coś.
Poprosił dwudziestojednolatek, próbując przerwać milczenie między nimi. Zerknął na niego kątem oka, nie przejmując się tym, że powinien patrzeć na drogę. I tak była pusta.
Blondyn, nie chcąc zrobić przykrości Michael'owi, posłusznie otworzył papierową torbę, wyciągając z niej jakąś zapiekaną kanapkę z serem, szynką i pomidorami, która pachniała i wyglądała całkiem dobrze. Przynajmniej lepiej, niż się spodziewał.
Niechętnie ugryzł jeden kęs, przeżuwając go długo i powoli. Na gust Shinody zbyt długo i zbyt powoli.
 Widok mężczyzny na prawdę go martwił. Siedział, smętnie wyglądając przez okno i żując od niechcenia kawałek kanapki, co sprawiało, że wyglądał jakby upłynęło z niego całe życie.
Westchnął przeciągle, mocniej ściskając kierownicę.
Nie wierzył w to, co robił.
- Czemu zwalniamy?
- Zawracam.

Zdusił w sobie chęć dalszej drogi do Kalifornii.
Chciał, żeby Chester był wokalistą ich zespołu, wręcz pragnął tego, ale nie chciał robić czegoś, co było wbrew niemu i przysparzało mu kłopotów.
- Co? Nie! Oszalałeś?!
Słowo „zawracam” podziałało na Chaz'a jak kubeł zimnej wody. Nie myśląc co robi, rzucił się w stronę kierownicy, łapiąc za nią i próbując powstrzymać Mike'a przed zawróceniem. Jednak ten pomysł zdał się na nic, bo pół-Japończyk był od niego o wiele silniejszy. Puścił więc kierownicę luźno, chwytając w panice za kluczyki od samochodu. Jednym, sprawnym ruchem wyciągnął je ze stacyjki, gasząc silnik.
Samochód stał w poprzek pustej drogi, na której widniały jeszcze świerze ślady hamowania.

 Patrzyli na siebie z szeroko otwartymi oczami i szokiem wymalowanym na twarzy. Cisza, panująca między tą dwójką została przerwana przez ciche sapnięcie, które wydobyło się z ust Mike'a. Miał je otwarte, wyraźnie zastanawiając się co powiedzieć. Kiedy jednak nic sensownego nie przyszło mu do głowy, zrezygnowany szybko zamknął buzię.
Zauważył jak Chester przenosi wzrok na jego koszulkę i poszedł w jego ślady, po to tylko, aby odkryć na niej plamę, pozostawioną przez kanapkę Bennington'a, która wypadła mu z rąk, kiedy tak desperacko próbował powstrzymać Michael'a przed zawróceniem.
Ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały i nagle, niespodziewana salwa śmiechu wypełniła wnętrze samochodu.
 Nie dało się ukryć, że dwudziestojednolatkowi ulżyło, gdy zobaczył roześmianego Chester’a. Takiego go właśnie chciał. Radosnego, zadowolonego i beztroskiego.
Bez zmartwień, smutków i żadnego poczucia winy.
 
Kiedy mężczyźni trochę się uspokoili, nabrali powietrza w płuc i oparli się wygodnie o fotele, to odetchnęli z ulgą. Na ich twarzy nadal błąkał się uśmiech.
- Oddasz mi te kluczyki, Chester?
Mike spojrzał na blondyna z szerokim uśmieszkiem i błyskiem w oku.
Był zadowolony. Nawet bardzo. Teraz wystarczyło tylko dopilnować, aby dobry humor jego towarzysza nie wyparował.
- Ale nie zawrócisz?

Cofnął dłoń, w której znajdowały się owe kluczyki i spojrzał podejrzliwie na ciemnookiego pół-Japończyka.
- Nie. Jedziemy prosto do Kalifornii, przyrzekam.
Obiecał z szerokim, szczerym uśmiechem. Dotrzymywał obietnic, zawsze.
Z rozbawieniem w oczach obserwował jak Chester podaje mu kluczyki, nie spuszczając z niego oczu. Był spięty, zupełnie jakby mu nie ufał.

Mężczyzna włożył kluczyk do stacyjki i ruszył powoli, wracając na drogę w stronę Kalifornii.
Dopiero wtedy blondyn rozluźnił swoje obolałe i spięte mięśnie. 
- Na prawdę pomyliłeś numery?
Radosny śmiech Mike'a upewnił tylko dwudziestodwulatka w tym, że na prawdę tak było i wcale nie zmyślił tej historii.
Pokręcił z niedowierzaniem głową i dołączył  do Shinody, wypełniając samochód także i swoim anielskim śmiechem.
I oto miał swojego radosnego i beztroskiego Chester'a, który chociaż na chwilę zapomniał o tym, co męczyło go przez ostatnie kilka dni. 

 Może to głupie, może i nawet paradoksalne, ale pomyślał sobie w tamtej chwili, że to właśnie prawdopodobnie Michael może być jego jednym z najlepszych leków na całe zło na tym świecie.

11 komentarzy:

  1. ha! no dobra, co prawda chyba właśnie straciłam wątek w tym, co piszę, ale co tam. przeczytałam rozdział i jestem zachwycona *.* kiedy czytałam o Sam, to trochę zrobiło mi sie jej szkoda, ale to jak do tego podeszła, do Chestera i Mike'a sprawiło, że jeszcze bardziej ją znienawidziłam. nooo.. ale akcja w samochodzie była boska! z tym hamowaniem, haha zaczęłam sie śmiać w tym momencie, kiedy było napisane, że oni też zaczęli ^^ bo najważniejsze to znaleźć osobę, która cię podniesie, gdy upadniesz, prawda? cudowny rozdział, nic dodać, nic ująć (;

    OdpowiedzUsuń
  2. jest mi strasznie żal Sam ;< pomimo że uwielbiam Bennodę, to jakoś tak mi było smutno przez pierwszą część opowiadania. ale cóż, ona sama nie docenia Chestera ( nawet nie wie, czy go kocha! ;o) więc nie będę się o nią martwić. moment w samochodzie epicki, nie mogłam z tej kanapki ;d no i wcale się nie dziwię, że Chaz pomyślał o Mike'u jak o lekarstwie na zło, w końcu to takie chodzące słońce ;> rozdział bardzo przyjemny, tak jak całe opowiadanie, czekam na więcej i zapraszam do mnie na icutyououtnowsetmefree ;d

    OdpowiedzUsuń
  3. Powinnam juz być w drodze do szkoly ale jak zaczęłam to juz nie mogłam sie oderwać. Genialny rozdział zdecydowanie piszesz coraz lepiej! I mi szczerze mówiąc nie jest żal Sam. A to chyba dlatego ze czekam na rozwój związku Chaz-Mike. Jednym słowem-swietnie. Taki jest wlasnie ten rozdział. Wybacz za bledy ale juz tak sie spieszyłam ;p pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. rozdział 3, wpadnij, jeżeli masz ochotę poczytać ;>

    OdpowiedzUsuń
  5. Przebrnęłam przez ten rozdział!
    Długi strasznie. Nie żebym narzekała, wręcz przeciwnie! Cieszę się. Wciągnął strasznie.
    Skomplikowana relacja między Chester'em a Sam faktycznie jest skomplikowana. Ale mniej więcej, chyba rozumiem co i jak.
    Akcja w samochodzie po prostu zabójcza! I cytat na początku, też mi się podobał ;)
    Ciekawy rozdział i fakt, że Chaz uświadomił sobie, że Mike to jego lek na zło. Słodkie ;d
    Pozdrawiam,
    loadedgun.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję bardzo za komentarz u mnie i informuję, że właśnie dodałam kolejny rozdział. :)
    Mam nadzieję, że w najbliższym czasie znajdę trochę czasu, żeby przeczytać ten u Ciebie.
    Pozdrawiam,

    OdpowiedzUsuń
  7. Okej, zebrałam się i przeczytałam. :) Tak jak i reszcie jest mi szkoda Sam, ale z drugiej strony jestem tez na nia trochę zła - powinna robić wszystko, co w jej mocy, żeby utwierdzać Chestera w przekonaniu, że dobrze robi, że powinien spełniać swoje marzenia. Jednak trochę jej się nie dziwię - rzucić tak wszystko i wyruszyć przed siebie, nie będąc tak naprawdę pewnym jutra to trochę ryzykowne i mało dojrzałe podejście. Mam jednak nadzieję, że jakoś uda im sie pogodzić, mimo wszystko. Co do wątku Mike-Chester to nadal na przypomnienie momentu o pomyleniu numeru mam ochotę się roześmiać na głos, po prostu nie mogę sobie wyobrazić jak to się stało! I cieszę się, że atmosfera między nimi trochę się rozluźniła, aż smutno mi się robiło, jak czytałam, jak bardzo Chester obarcza się winą za całą sytuację, która wynikła pomiędzy nim, a jego żoną. Mimo wszystko uważam,że wina leży po obu stronach. Ja na miejscu Sam po prostu zabrałabym się z nimi. :) A teraz, odchodząc trochę od fabuły, wyłapałam parę błędów interpunkcyjnych, ale było ich niewiele, jakiś jeden ortograficzny też mi się w oczy rzucił, ale twój styl jest tak niesamowity, że to wszystko przykrywa. Piszesz naprawdę świetnie, lekko i przyjemnie się to czyta, można się wczuć w sytuację bohatera i poznać jego emocje,naprawdę powalasz na kolana. Czekam na kolejny. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Prosiłaś mnie o to, więc informuję, że pojawiła się 3 część 'Przesłuchania' u mnie na become-sonumb. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. ostatni rozdział.. zapraszam do czytania i komentowania <3 www.bennodaforeverinourhearts.blogpot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. nowy rozdział, zapraszam ;> icutyououtnowsetmefree.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń